Trzy miesiące bez słupków. Trzy miesiące bez politycznej giełdy. Trzy miesiące, w których o wyniku wyborów nie decyduje wykres, lecz argument. Propozycja wicemarszałka Sejmu Piotra Zgorzelskiego to próba przywrócenia wyborom powagi, której od dawna im brakuje.
Współczesna polityka coraz częściej przypomina rynek finansowy. Wahania notowań, komentarze do trendów, emocje wywołane jednym punktem procentowym w górę lub w dół. Tyle że stawką nie są akcje spółek, lecz przyszłość państwa. Dzisiejsza kampania wyborcza przypomina transmisję sportową: prowadzenie zmienia się co tydzień, komentatorzy analizują tabelę, a wyborca ma tylko kibicować.
Polska polityka od lat funkcjonuje w rytmie badań opinii publicznej. Sondaże pojawiają się z regularnością prognoz pogody, a ich interpretacja bywa ważniejsza niż same propozycje ustawowe. Partie reagują na trendy szybciej niż na realne problemy społeczne. Komentatorzy ogłaszają przełomy po jednoprocentowych zmianach. Wyborca dostaje subtelny komunikat: nie pytaj kto ma rację, pytaj kto prowadzi. – Czas ucywilizować kampanie wyborcze. Będę namawiał mój klub do złożenia projektu ustawy wprowadzającej zakaz publikacji sondaży na trzy miesiące przed wyborami – zapowiedział wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski.
Sondaże same w sobie nie są problemem. Sondaże przestają być lustrem opinii, a zaczynają ją kształtować. W nauce o polityce znany jest efekt bandwagon, czyli skłonność części wyborców do popierania lidera wyścigu. W warunkach intensywnej sondażyzacji kampanii rośnie znaczenie kalkulacji strategicznej. Głosuję na tych, którzy mają szansę, niekoniecznie na tych, których program uważam za najlepszy.
– Skupmy się na merytorycznej debacie o przyszłości Polski, a nie na liczeniu szabel w mediach – podkreślił Piotr Zgorzelski. Kampania wyborcza powinna być momentem rozstrzygania sporów o model rozwoju, zakres odpowiedzialności władzy i kierunki reform. Tymczasem zbyt często staje się analizą tabeli wyników, która zmienia się z tygodnia na tydzień. Trzymiesięczna cisza sondażowa przesunęłaby kampanię z wykresów na programy, z rankingów na argumenty. Partie musiałyby budować przekaz w oparciu o wiarygodność zamiast rosnących słupków poparcia.
– Demokracja zyska na jakości, gdy wyborcy będą kierować się programami, a nie słupkami popularności – wskazał przewodniczący Rady Naczelnej PSL. To propozycja uporządkowania relacji między informacją a decyzją. Państwo potrzebuje obywateli, którzy wybierają w oparciu o przekonania, a nie o atmosferę chwili.
Ostatecznie pytanie nie brzmi, czy sondaże są potrzebne. Pytanie brzmi, czy ich dominacja w ostatniej fazie kampanii sprzyja dojrzałości demokracji. Jeśli wybory mają być momentem odpowiedzialnego wyboru kierunku dla państwa, warto zastanowić się, czy nie wymagają większej przestrzeni ciszy i większej powagi. Ponieważ państwo nie jest notowaniem. A demokracja nie powinna być wykresem.
Dojrzała demokracja to taka, w której obywatel wychodzi z lokalu wyborczego z poczuciem odpowiedzialnej decyzji, a nie z emocją kibica śledzącego tabelę wyników. Satysfakcja z wyboru nie polega na tym, że wygrał „nasz” kandydat. Polega na przekonaniu, że decyzja została podjęta świadomie, w warunkach sprzyjających namysłowi. Jeżeli kampania przestanie być wyścigiem wykresów, a stanie się rozmową o państwie, zyskają wszyscy. Partie, które będą musiały mówić o programach. Media, które wrócą do analizy zamiast komentowania trendów. I wyborcy, którzy odzyskają poczucie sprawczości.



