Tytułowa „Zima nadchodzi…” aktualnie w Polsce brzmi już wystarczająco złowieszczo, mając na uwadze kryzys energetyczny jakiego spodziewamy się w nadchodzących miesiącach, a którego właściwie już jesteśmy świadkami.
Jednak każdy fan „Gry o tron” wie, że to zawołanie rodu Starków ma zdecydowanie szersze znaczenie i oznacza trudne czasy, nieszczęścia i kryzysy w nadchodzących latach. W 2015 r. PiS dochodząc do władzy przekonywał wyborców, że Polska jest w ruinie, że rząd się troszczy tylko o ciepłą wodę w kranach i finanse publiczne. Po siedmiu latach rządów tej kompanii, realnie mamy w ruinie naszą gospodarkę, a o ciepłą wodę też zaczynamy się martwić… Oczywiście Premier Mateusz Morawiecki nie traci dobrego humoru i swojej winy nie widzi, w końcu to wszystko przez Rosję, Unię Europejską, Tuska i całą opozycję, no ale akurat jego już Władysław Kosiniak-Kamysz odpowiednio zdiagnozował jako patologicznego kłamcę.
Finanse publiczne w ruinie
Przez lata PiS było beneficjentem dobrej koniunktury gospodarczej i mądrej polityki ekonomicznej wcześniejszych rządów PO-PSL. W roku 2015 przejęli stery w sytuacji, gdy deficyt budżetowy był opanowany a dług publiczny był trzymany w ryzach. Kilka miesięcy przed przejęciem władzy przez PiS, Rada Ecofin zgodziła się znieść z Polski procedurę nadmiernego deficytu, ograniczającą możliwości budżetu państwa w latach wcześniejszych. W tej sytuacji PiS od początku mogło przejść do wydawania, bez oglądania się na logikę, efektywność, czy przyszłe zdarzenia gospodarcze. Nałożyły się na to jeszcze lata dobrej koniunktury gospodarczej na świecie. Można było oszczędzać na trudne czasy, ale woleli urządzić na Titanicu wielki bal. Żeby nie być gołosłownym, warto zerknąć co się wydarzyło z naszym deficytem budżetowym. Co ważne jest on obliczany według metodologii unijnej, czyli realny dla naszej gospodarki, gdyż PiS stało się przy okazji mistrzem kreatywnej księgowości. Obecnie prawie 3/4 deficytu generowane jest poza budżetem państwa i kontrolą demokratyczną ze strony parlamentu. Wszelkiej maści fundusze celowe pozwalają omijać wentyle bezpieczeństwa finansów publicznych wynikające z naszej konstytucji. Metodologia unijna pokazuje jednak realną skalę problemu. Jesteśmy w pełnym biegu a przepaść przed nami…
To oczywiście przekłada się na dług publiczny, który sięgnie w tym roku 1,5 bln złotych, co oznacza, że na każdego obywatela Polska zaciągnęła kredyt w wysokości 40 tys. złotych! A jak kredyt to i odsetki, czyli koszty obsługi długu publicznego, a te mają wynieść w 2023 r. (według rządowych założeń do budżetu) aż 66 mld złotych. Te pieniądze, które rząd płaci pożyczkodawcom, mogłyby pozwolić na zamianę programu 500+ w 1300+!
Takie działanie jest nawet wbrew logice polityki pieniężnej, bo gdy mamy wysoką inflację to bank centralny stara się wszystkich zachęcić do oszczędzania, a zniechęca do brania kredytów (polityka podnoszenia stóp procentowych). Chodzi o zmniejszenie podaży (ilości) pieniądza w obiegu. Tymczasem, nasz rząd w takich warunkach pożycza na potęgę… No ale tak jak w życiu, kredyty lichwiarskie zaciągają Ci, co nie mają alternatywy. W ten sposób 25 proc. „spodziewanych” od Niemiec reparacji już wydaliśmy, a utrzymując ostatnie przyrosty długu publicznego pozostałe 75 proc. (4,5 bln złotych) roztrwonimy w około 10 lat. Właśnie, roztrwonimy… Jak pokazują dane za czasów rządów PiS przejadamy, a nie inwestujemy. W 2015 r. zarzucano rządowi PO-PSL, że stopa inwestycji wynosi tylko 20 proc., no to mamy w 2021 r. 16 proc. Obecny rok nie zapowiada się lepiej. Do tego skala niegospodarności przy inwestycjach publicznych poraża, że wspomnę tylko stratę 1,5 mld złotych utopionych w niedokończonym bloku elektrowni w Ostrołęce.
TEKST: dr Michał Sobczak
Uniwersytet Łódzki



