Litewski kurort z polskimi reliktami

Upalne dni, jakie ogarnęły Polskę w pierwszych dniach lipca br. udało mi się spędzić w litewskiej nadbałtyckiej Połądze. Chłodny wiatr, trochę słońca, przeciętna temperatura, więc wspaniała pogoda na zwiedzanie prześlicznej Połągi oraz nieodległej Kretyngi.

Główna ulica kurortu Vytauto Gatvė ciągnie się równolegle do plaży. Zamyka ją z jednej strony świeżo odnowiony, usytuowany w olbrzymim parku neorenesansowy pałac Tyszkiewiczów, z drugiej zaś handlowa część miasteczka. W samym środku Vytauto Gatvė przecina się z połągowskim deptakiem prowadzącym na plaże i imponujące molo (mimo obowiązującego Litwę euro, które sprawiło, że wszystko jest trochę droższe niż w Polsce – wstęp na molo darmowy). Plaże czyste, szerokie i, co najdziwniejsze, bez tłumu amatorów kąpieli słonecznych. Może wiaterek jest za chłodny? Na ulicach słychać przeważnie język rosyjski. Głośni turyści z tego sąsiedniego kraju mają pieniądze, drogie samochody i najwyraźniej lubią Połągę.

Spotkanie z przeszłością

Jeszcze w połowie wieku XIX Połąga była malutką rybacką wioską z kilkoma drewnianymi chatami. W tym czasie kupił ją polski arystokrata Michał Tyszkiewicz, właściciel sąsiedniego majątku w Kretyndze, i zaczął organizować tu handlowy port, a potem uzdrowisko. Płytkie wody Bałtyku zmusiły Tyszkiewicza do wybudowania długiego pomostu, do którego mogły przybijać niewielkie statki. Jednak po jakimś czasie mała głębokość i gromadzące się piaski uniemożliwiły żeglugę, zaś drewniany pomost z biegiem lat przekształcił się w atrakcyjne molo.

Pierwsze lata pobytu w XIX-wiecznej Połądze tak opisuje w swoich pamiętnikach Helena z Tyszkiewiczów Ostrowska:

„Nasz letni dom rozbudowywał się powoli. Z początku był tylko nieduży drewniany dwór, a obok oficyna i stajnie. Z czasem z boku dobudowana została duża jadalnia i salon, z innej strony apartament dla rodziców. Do tego dolepiono obszerne, kryte werandy. Kanalizacji w budynkach nie było. Latem uważano to za zbyteczne, kąpiel morska wystarczała, zresztą, kto pragnął gorącej kąpieli, mógł ją znaleźć w budynku dla publiczności przyjezdnej. Inne konieczne potrzeby załatwiało się w drewnianych budkach ukrytych w krzakach… Do morza było dość daleko po piaszczystej, ciężkiej do przebycia drodze. Wkrótce jednak zrobiono deptak, a jeszcze później ułożono szyny, po których ciągnięta przez konie platforma z ławkami przewoziła «kąpielników» na plażę”.

Korzystanie z plaży też podlegało pewnym rygorom. Tak je wspomina autorka pamiętnika: „Zwykle rano każdy wstawał, kiedy chciał. My, dzieci, koło dziewiątej spotykaliśmy się na werandzie, gdzie śniadanie podawane było na żądanie, co i kiedy kto chciał. Dzieci i panie spieszyły po śniadaniu na plażę do kąpieli. Wczesne bowiem godziny, od 9 do 11, przeznaczone były dla pań, a późniejsze, do drugiej – dla panów. Więc bracia i kuzynowie wysypiali się lepiej. Spuszczana i podnoszona o 11.00 chorągiew na wysokim słupie oznaczała zmianę godzin”.

Na plaży na „kąpielników” czekały drewniane zaprzężone w konie budki, które wjeżdżały głębiej w morze i pozwalały damom zażywać dyskretnej kąpieli.

Czytaj więcej na e-wydaniu zielonego sztandaru:http://wydawnictwoludowe.embuk.pl/pub/zielony-sztandar-zielony-sztandar-19-25-sierpnia


Zamów prenumeratę: zielonysztandar.com.pl/prenumerata
Cały tekst dostępny w wersji papierowej tygodnika Zielony Sztandar lub na platformach sprzedaży online



Podobne artykuły