Coraz mniej nas w Polsce lokalnej

Na naszych oczach zmienia się obraz Polski. Ludzie, kapitały i inwestycje koncentrują się w wielkich ośrodkach. Dla wielu małych miejscowości ten proces jest groźny. Może prowadzić do ich wyludnienia. Tak już się dzieje na ścianie wschodniej.

Wystarczy przyjrzeć się uważnie miejscowości, by stwierdzić, co się w niej dzieje, jaka jest jej kondycja gospodarcza i demograficzna. Jeśli jest to wieś w atrakcyjnie turystycznie regionie, to wypielęgnowane ogródki i podwórka, świeżo pomalowane domy wcale nie muszą świadczyć o dobrobycie. Często są to posesje kupione za małe pieniądze lub odziedziczone przez krewnych z miasta i traktowane jako domy letniskowe. Niepokojącym sygnałem jest też brak prowadzonych budów. Tam, gdzie się nie wznosi nowych budynków, musi ubywać ludzi. Kiedy zaś porozmawiać z ludźmi, dowiadujemy się, że tam, gdzie wcześniej mieszkały rodziny kilkuosobowe, obecnie pozostali starzy ludzie. Młodzi wyjechali w poszukiwaniu pracy. Można też przyjrzeć się polom. Te należące do najstarszych emerytowanych rolników, nie są uprawiane mimo, że warunkiem otrzymania unijnych dopłat jest użytkowanie ziemi. Właściciele nie mają jednak siły i energii, by przywrócić do uprawy ugorujące od dawna grunty. W wyludniających się wsiach zmienia się nawet układ szlaków komunikacyjnych. Dawne drogi polne zarastają krzakami i samosiejkami drzew. Zmianie ulega nawet koloryt pejzażu. Od połowy lata, gdy zasychają dzikie trawy, jest on szarobrązowy, a nie zielony, jak, tam, gdzie pastwiska się wypasa, a łąki kosi. Te wszystkie zjawiska od lat obserwowaliśmy wzdłuż granicy wschodniej. Obecnie jednak dostrzeżemy je w całym kraju w rejonach oddalonych od wielkich aglomeracji i ważnych szlaków komunikacyjnych. Trwa nieustanne przemieszczanie się ludzi w różnych kierunkach. Jedni przenoszą się do miejscowości gminnych, inni do miast, część zmienia swoje dorywcze wyjazdy do pracy za granicą w stały pobyt. Efektem jest gospodarcze obumieranie miejscowości. Migracje do dużych ośrodków to żadna nowość. Tak było zawsze. Tylko, że niegdyś na wsi był dodatni przyrost naturalny i chociaż spadał procentowy udział mieszkańców się w zaludnieniu Polski, to w liczbach bezwzględnych utrzymywała się równowaga. Obecny kryzys demograficzny naruszył ją. Najsilniej odbija się tam, skąd wyjeżdżają młodzi ludzie. Nie bez  powodu to groźne zjawisko nazywa się pustynnieniem całych obszarów.

Ubywa nam mieszkańców

Leszek Waldemar Proskura, wójt gminy Siennica Różana, woj. lubelskie:

– Sytuacja demograficzna jest u nas tragiczna. Od co najmniej ośmiu lat ubywa nam mieszkańców. Jeszcze kilka ta temu gmina liczyła 6 tys. mieszkańców, teraz jest 4300. Podobnie jest w całym powiecie krasnostawskim, tylko w jednej gminie położonej blisko miasta liczba mieszkańców ustabilizowała się. Jeśli procesu wyludniania się nie zatrzymamy, to za 10 lat Siennicę Różaną będzie  zamieszkiwało 3500 mieszkańców. Niemal 50 proc. osób więcej u nas umiera niż się rodzi. Dużo też młodych ludzi wyjeżdża za granicę, zwłaszcza do Wielkiej Brytanii i Irlandii. Tam zakładają rodziny i tam przychodzą na świat ich dzieci. Nie da się ukryć, że  mogą  liczyć na większe wsparcie socjalne niż u siebie w kraju. Powód tej emigracji jest oczywisty. U nas są małe szanse na znalezienie pracy. Bezrobocie kształtuje się na poziomie 12 proc. Obecnie na terenie gminy mamy 36 bezrobotnych osób po studiach. Jesteśmy typowo rolniczą gminą, nie ma firm, które dawałyby ludziom zatrudnienie. Staramy się przyciągnąć inwestorów. Oferujemy im dogodne warunki, między innymi ulgi podatkowe. Jak dotąd trudno mówić o jakiś efektach tych działań. Ze względów ekonomicznych, ale też z powodu małej liczby dzieci zlikwidowaliśmy trzy szkoły w gminie, ostatnią cztery lata temu. Dziś mamy tylko zespół szkół w Siennicy. Z terenu gminy uczniowie są dowożeni. Oferujemy im różnego typu zajęcia pozalekcyjne. Trzy lata temu ze środków unijnych utworzyliśmy przedszkole. Uczęszcza do niego 50 maluchów. Nie dla wszystkich chętnych wystarczyło miejsc. To samorząd finansuje działalność tej placówki. Rodzice płacą tylko za zajęcia dodatkowe i wyżywienia, ale są to niewielkie kwoty. Prawda jest okrutna – jeśli nie będzie pracy, ludzie cały czas będą stąd wyjeżdżać. I nieważne, czy będziemy inwestowali w szkoły, przedszkola, boiska sportowe i świetlice wiejskie, a więc poprawiali warunki życia mieszkańców gminy. Ostatnio zostaliśmy zaskoczeni cięciami finansowymi. Tzw. subwencję wyrównawczą zmniejszono nam o 800 tys. zł. Przy 10 mln budżecie jest to spora kwota.

Tylko praca zahamuje wyjazdy

Robert Nowak, wójt gminy Przyrów, woj. śląskie:

– W ciągu ostatnich 7 lat liczba mieszkańców w gminie zmniejszyła się o 5 proc. Przyczyną tego stanu rzeczy jest spadek urodzeń, znaczenie ma też emigracja zarobkowa. Ludzie szukają pracy w dużych ośrodkach miejskich, ale przede wszystkim za granicą –w Niemczech i w Wielkiej Brytanii. Obecnie stopa bezrobocia wynosi u nas 14,2 proc. Ta statystyka nie daje pełnego obrazu, gdyż Przyrów jest gminą rolniczą i problemem jest tzw. ukryte bezrobocie. Osoby, które mają ponad2 haziemi nie mogą zarejestrować się w urzędzie pracy, a tak naprawdę są w gospodarstwie zbędne. Nowym zjawiskiem są powroty byłych mieszkańców, którzy przed laty wyjechali do pracy do kopalń. Po przejściu na emeryturę, wracają do swoich rodzinnych miejscowości. Zwiększa się więc nam odsetek starszych osób. Gmina Przyrów położona jest80 kmod Górnego Śląska i przez wiele lat stanowiła zaplecze pracownicze dla kopalń i hut. Zracjonalizowaliśmy sieć szkolną  W gminie mamy obecnie trzy szkoły – jedną samorządową i dwie prowadzone przez stowarzyszenie „Na rzecz rozwoju gminy Przyrów”. Mamy też przedszkole samorządowe, w którym rodzice płacą tylko złotówkę za godzinę pobytu dziecka. Staramy się poprawiać infrastrukturę społeczną, bo to ona w dużej mierze decyduje o jakości życia na wsi. Jest już na dobrym poziomie. Mamy halę sportową, siłownię, bibliotekę z filiami. Urządziliśmy świetlice wiejskie, sale internetowe. Wytyczyliśmy ścieżki rowerowe. Jesteśmy niewielką gminą, mamy tylko 3900 mieszkańców, ale w piętnastu miejscowościach. Duże jest więc  rozdrobnienie, co podnosi koszty inwestycji infrastrukturalnych. Największym problemem jest brak miejsc pracy. Jesteśmy oddaleni od dużych ośrodków, co utrudnia poszukiwanie tam stałego zajęcia. Przydałaby się u nas duży zakład pracy, który dałby naszym mieszkańcom zatrudnienie. Jako gmina dysponujemy terenami dla potencjalnych inwestorów, ale trudno nam konkurować z Katowicką Specjalną Strefą Ekonomiczną, która przyciąga przedsiębiorców, oferując im bardzo dogodne warunki, w tym zwolnienia podatkowe. Aż takich możliwości nie mamy. A właśnie miejsca pracy zahamowałyby wyjazdy mieszkańców z gminy. Bez zapewnienia ludziom stabilizacji życiowej, nawet najlepsza polityka prorodzinna nie da spodziewanych efektów.


Coś się zmieniło w podejściu do życia Polaków

Bożena Kwiatkowska, wójt gminy Parysów, woj. mazowieckie:

– Do niedawna mieliśmy 4200 mieszkańców, teraz jest ich nieco mniej, ale gmina na pewno nie wyludnia się. Nie mamy tego problemu, co oddalone od dużych ośrodków gminy wiejskie, skąd ludzie wyjeżdżają za pracą. Parysów jest położony stosunkowo niedaleko Warszawy i to tam nasi mieszkańcy znajdują zatrudnienie, bez opuszczania swoich miejscowości. Mają bowiem dobry dojazd do stolicy. Nie ma też masowych wyjazdów za granicę. Cały czas staramy się poprawiać stan infrastruktury technicznej i społecznej, by ludziom lepiej się żyło. Inwestujemy w drogi, wodociągi, kanalizację, ale też budujemy boiska sportowe, remontujemy świetlice wiejskie, a w Żabieńcu budujemy nową. Modernizowane są remizy strażackie, które w niektórych wsiach zastępują świetlice. Służą nie tylko strażakom, lecz także mieszkańcom.  Niedawno oddaliśmy do użytku dwa, dobrze wyposażone, place zabaw dla dzieci i  już widać, że były bardzo potrzebne.  Na terenie gminy mamy dwie szkoły podstawowe i jedno gimnazjum. Dopiero co mieliśmy uroczystość oddania do użytku pięknego przedszkola. Uczęszcza tam 120 dzieci. Kilkanaścioro nie zostało przyjętych, ale istnieje możliwość dostosowania jeszcze jednej sali dla przedszkolaków. Zrobimy to, gdy tylko uda się nam zgromadzić pieniądze. Inwestycję tę zrealizowaliśmy z własnych środków, jej koszt to 5,5 mln zł. Być może zaczniemy się powoli przygotowywać do uruchomienia żłobka. Musimy się zorientować, czy znajdą się w budżecie potrzebne fundusze. A przede wszystkim musimy rozważyć, czy jest to najpilniejsze zadanie. Potrzeby inwestycyjne gminy nadal są duże, a możliwości finansowe ograniczone. Niestety, rodzi się u nas mniej dzieci niż przed laty. Widać to po mniejszej liczbie uczniów w podstawówce i w  gimnazjum.  Mieliśmy w jednym roczniku trzy klasy gimnazjalne, teraz są dwie. Mniej liczne są też klasy. Dlaczego młodzi ludzie nie chcą mieć dzieci? Decyduje o tym wiele czynników. Część z nich wybiera wygodne życie, w którym nie zawsze jest miejsce na dziecko. Inni zaś koncentrują się na karierze zawodowej. Są też tacy, którzy obawiają się, że może ich nie stać będzie finansowo na wychowanie dziecka. Coś się zmieniło w podejściu do życia Polaków. Przed laty warunki były znacznie trudniejsze, a  mimo to  dzieci przychodziły na świat. Teraz są lepsze, a wskaźniki urodzeń są coraz gorsze. Sama polityka prorodzinna nie odwróci tego trendu, choć może  go osłabić.

Rodzi się mniej dzieci

Ryszard Góra, burmistrz Bełżyc, woj. lubelskie:

– Niestety, ale mieszkańców nam ubywa. Przyczyną tego stanu rzeczy jest to, że mniej niż kiedyś rodzi się dzieci, a ponadto niemało osób wyjeżdża za chlebem. Zarówno do dużych miast jak i za granicę, głównie do Wielkiej Brytanii. A są to przede wszystkim młodzi ludzie. Tak jak inne gminy dużo inwestujemy w infrastrukturę. Poprawiamy stan dróg, zakładamy wodociągi, doprowadzamy kanalizację. Dbamy też o tzw. infrastrukturę społeczną. Od 2008 r. nie zlikwidowaliśmy żadnej szkoły, wcześniej zamknięto dwie. Obecnie w gminie jest osiem szkół i nie mamy planów, by którąś wygasić.  Niedawno zmodernizowaliśmy szkołę w Babinie. Kosztowało to 1,8 mln zł. Pozyskaliśmy też unijne środki. Jest to teraz bardzo nowoczesna palcówka, z pełni wyposażoną salą multimedialną, pracownią informatyczną. Do dyspozycji uczniów jest jedenaści stanowisk komputerowych oraz hotspot z bezpłatnym dostępem do internetu. Przy szkole zbudowaliśmy wielofunkcyjne boisko sportowe. Uczniowie mają teraz równie dobre warunki do nauki jak w ich rówieśnicy w mieście. W gminie mamy dwa przedszkola – samorządowe i prywatne. Wszystkie dzieci mają zapewnione miejsce w tych placówkach.  Jak dotąd mieszkańcy nie wychodzą z inicjatywą uruchomienia żłobka. Oświata jest dla gminnego budżetu dużym obciążeniem. Rocznie do szkół i przedszkoli dopłacamy około 5 mln zł. Trzeba by było zamknąć przedszkole i cztery szkoły, byśmy mogli wyjść na zero. Ale tego ze względów społecznych nie zrobimy. Ludzie dotąd będą z Bełżyc wyjeżdżać, dokąd nie będą mogli znaleźć na miejscu zatrudnienia. A szansy na to nie widać.

Teresa Hurkała 


Zamów prenumeratę: zielonysztandar.com.pl/prenumerata
Cały tekst dostępny w wersji papierowej tygodnika Zielony Sztandar lub na platformach sprzedaży online



Podobne artykuły

  • Nieznana historia największego protestu przeciwko komunistom w Płocku

    Niewiele osób pamięta dziś, że Płock stał się areną jednego z największych sprzeciwów wobec komunistycznego terroru i represji powojennych. Był …

  • Czas Witosa

    To były upalne sierpniowe dni 1920 roku. W powietrzu czuć było atmosferę strachu i przeświadczenia co do zbliżającego się wkrótce …

  • Opinogóra stawia na PSL

    Piotr Czyżyk popierany przez Polskie Stronnictwo Ludowe został nowym wójtem gminy Opinogóra. Pokonał w drugiej turze Annę Koral z PiS. …