W polityce potrzeba mniej emocji, więcej odpowiedzialności

Rozmowa z Januszem Piechocińskim, prezesem PSL, wicepremierem, ministrem gospodarki

Jednym z najpoważniejszych zarzutów wobec prezydent Warszawy było to, że zaniedbała komunikowanie się z mieszkańcami. Czy nie odnosi pan wrażenia, że cała klasa polityczna popełnia ten sam błąd – nie słucha społeczeństwa?

– Społeczeństwo, jak się wydaje, też nie słucha samo siebie. Mamy do czynienia z pogorszeniem się dialogu społecznego na skalę dotąd niespotykaną. Obywatele, samorządowcy, politycy są skłonni wyartykułować, nawet wykrzyczeć to, na czym im zależy, ale odpowiedzi na swoje żądania już nie chcą wysłuchać.

• Dlaczego tak się dzieje? Przecież nie słuchając siebie, tracimy szansę na porozumienie się.

Przyspieszyliśmy. Wszystkie procesy związane z obiegiem informacji przebiegają w tempie zawrotnym. Dziś wiadomość zła krąży szybciej niż dobra. Nie ma czasu na zweryfikowanie kolejnych doniesień, co pozwala na bezkarne posługiwanie się zmyśleniami i pomówieniami w walce politycznej. W dobie Internetu każdy może być uczestnikiem debaty publicznej, ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś może nim manipulować. Potaniała bardzo odpowiedzialność za słowo i odpowiedzialność w ogóle.

• Czy w kampanii przed warszawskim referendum wystąpiły te zjawiska?

– Mieliśmy do czynienia z wielką łatwością zmobilizowania tysięcy ludzi pod hasłem sprzeciwu. To była kampania negująca wszystko, co w Warszawie ostatnio zrobiono. Pokazała też, jak łatwo uwikłać samorządy w tryby polityki partyjnej. Usłyszeliśmy niezliczone obietnice. Chyba w myśl powiedzenia: mogę wam obiecać więcej niż obiecują inni. Nad tym, jakie te deklaracje mają pokrycie w rzeczywistości, niewiele osób się zastanawiało. Referendum jest okazją do przyjrzenia się mechanizmom demokracji i samorządności. Mówimy o społeczeństwie obywatelskim, chcemy, by jak najwięcej spraw rozstrzygano w gminach, dzielnicach, miastach, jak najbliżej zwykłych ludzi, ale musimy wiedzieć, że to nakłada wymagania na obie strony. Nie tylko urzędników, lecz i na obywateli, przejmujących część uprawnień władz. To wymaga od nich aktywności, zaangażowania i odpowiedzialności. Postawa roszczeniowa jest łatwiejsza, ale nie jest ona fundamentem społeczeństwa obywatelskiego.

• Sprzeciw to przecież też przejaw odpowiedzialności. Jest wyrazem niezgody na to, jak władza wypełnia swoje obowiązki, wskazuje na potrzebę zmian.

-Niekoniecznie. Odnoszę wrażenie, że obecny kryzys jest nie tyle efektem rozregulowania rynków finansowych, lecz przede wszystkim kryzysem postaw. Spójrzmy na to, co dzieje się w rodzinach w kontekście odpowiedzialności. Ludzie pobierają się, mają dzieci i szybko dochodzą do wniosku, że to nie jest to, o co im w życiu chodziło. Rozstają się, znowu szukają szczęścia, a dzieci zostają na łasce losu. Czasem emocjonalnie, a czasem w dosłownym tych słów znaczeniu. Mają się nimi zająć nauczyciele, wychowawcy, dziadkowie, tylko nie rodzice. To samo dzieje się w rodzinach ze starymi ludźmi, którzy traktowani są jako przeszkoda w swobodnym korzystaniu z życia. Efektem takich postaw jest narastające wśród ludzi poczucie osamotnienia i agresja. Zastanawiający jest kontrast między opiniami Polaków o ich życiu prywatnym a oceną spraw publicznych. Swoje życie uznaje za udane około 80 proc. z nich, ale aż 85 proc. badanych twierdzi, że nasze państwo się rozsypuje.

• Obwiniają o to polityków?

– Zawsze łatwiej wskazać innych i powiedzieć – to oni. Tymczasem my wszyscy mamy problem z patriotyzmem dnia codziennego, działalnością dla dobra własnego i otoczenia. Stać nas na wielką mobilizację, a czasy spokoju, które inni skrzętnie wykorzystują, my przesypiamy. W przyszłym roku, kiedy będziemy obchodzić rocznice wejścia do UE, do NATO, a przede wszystkim powstania pierwszego, niekomunistycznego rządu po II wojnie światowej, będzie znakomita okazja do przyjrzenia się drodze, jaką przebyliśmy w ciągu ostatnich 25 lat. Musimy sobie uświadomić, że spełniło się wezwanie Jana Pawła II – Duch zstąpił i odnowił oblicze Ziemi, a my musimy zastanowić się, jak korzystamy z tego daru wolności, wywalczonego przez nas i dla nas. Czy nie rozmieniamy go na drobne w ustawicznych polsko-polskich wojnach? Ten rachunek sumienia powinien być wnikliwy, bo z jednej strony dzisiejsza Polska jest bez porównania nowocześniejsza i zasobniejsza niż ta sprzed 25 lat. Ale czy w nas samych jest więcej zadowolenia życia, sympatii wobec otoczenia i solidarności z tymi, którym żyje się trudniej?

• Przed 89. rokiem żyliśmy w kraju podzielonym na nas i „onych”, czyli władzę. Dziś widać, że przepaść między społeczeństwem a politykami wcale nie została zasypana.

– Tych linii podziału jest nawet więcej. W niektórych sytuacjach można już mówić nie o niedostatku solidarności, ale o braku elementarnej przyzwoitości. Gdy PSL zgłasza projekt, by matki, które wychowały co najmniej 4 dzieci, miały prawo do państwowej emerytury, odpowiedzią na forach internetowych jest wybuch agresji. Powtarzają się sformułowania, że to patologia, że ktoś nie życzy sobie, by z jego podatków fundować cokolwiek dzieciorobom itp. A przecież to tylko próba przeniesienia na polski grunt rozwiązania sprawdzonego we Francji. Jak najbardziej na czasie wobec naszej zapaści demograficznej.

• Nienawistne wpisy to internetowa specjalność. Może nie ma co się tak tym przejmować.

– A co innego znajdujemy w mediach? W wypowiedziach polityków, ale nie tylko ich, jest brak szacunku wobec ludzi, którzy myślą inaczej. Traktowanie ich
jak wrogów, których trzeba wytępić. W miejsce wymiany poglądów, jest wymiana oskarżeń i obelg. Zwróćmy uwagę, jak niewiele o swojej wizji Warszawy powiedzieli ludzie kreowani w mediach na następców prezydent stolicy. Najgłębszą uwagą na temat infrastruktury było stwierdzenie, że bilety komunikacji miejskiej muszą być tańsze. Trwa licytowanie się, kto naprawdę wygrał referendum. Nie ma mowy o prawdziwych potrzebach miasta. A jakim widowiskiem  była próba odwołania ministra Kalemby. Jego poprzednik na tym urzędzie, najmniej udany minister rolnictwa w ciągu ostatnich 25 lat, zorganizował 6 godzinny happening, który pod koniec zmęczył i zniesmaczył nawet jego partyjnych kolegów. To wszystko obniża poziom debaty publicznej.

• Tego typu wydarzenia jeszcze bardziej zniechęcają Polaków do polityki. W rezultacie rozdźwięk między władzą a obywatelami pogłębia się. Jak odwrócić tę tendencję?

– Wydaje mi się, że tylko droga, jaką idzie PSL, pozwala na wyciszenie
emocji. My nikogo nie traktujemy jako wroga. Nie dyskredytujemy. Mamy własne koncepcje. Możemy się o nie spierać, ale używając argumentów i z szacunkiem dla partnera w dyskusji. Nie potrzebujemy efektownych zagrań i rozhuśtanych emocji. Mamy cierpliwość maratończyka w kontaktach z ugrupowaniami, które zachowują się jak sprinterzy. Ruch z ponad stuletnią tradycją gromadzi ludzi, rozumiejących to, że lepsza Polskę nigdy nie budowała się sama. Zwracamy uwagę na sprawy społeczne i gospodarcze o zasadniczym znaczeniu dla przyszłości kraju. Bez wysiłku modernizującego szybko stracimy dotychczasowe przewagi konkurencyjne. Obecnie niskie ceny energii, niewysokie podatki i tania praca już nie wystarczą.

• Jednak ton debacie publicznej nadają politycy z tych ugrupowań, które skupiają się na bojach o kwestie światopoglądowe. Zagadnienia gospodarcze i rozwiązywanie problemów społecznych zostawiają na uboczu.

– Jako PSL próbujemy to zmieniać. Przecież o jakości życia nas wszystkich decyduje kondycja gospodarki. Gdy się rozwija, przybywa miejsc pracy, zmniejsza się bezrobocie. Jest ono nadal wysokie. Ponad 2 mln Polaków nie mogą znaleźć zatrudnienia. To ma poważne konsekwencje nie tylko w wymiarze osobistym, ale i dla całego kraju. Maleje konsumpcja wewnętrzna, pogarsza się demografia, tysiące młodych, wykształconych ludzi emigruje za chlebem. Tworzą dochód narodowy Wielkiej Brytanii czy Irlandii, a nie swego kraju.

• Dane makroekonomiczne wskazują, że gospodarka najgorsze ma już za sobą. Czy tak jest naprawdę? Odmiennie niż premier Tusk nie ogłosił pan końca kryzysu.

– Uważam, że sytuacja w świecie nadal jest niepewna. Wystarczy, że będzie uderzenie na Syrię i mamy wzrost ceny za baryłkę ropy naftowej o 40 dolarów. Wystarczy, że Amerykanie nie dogadają się w sprawie swego budżetu czy strefa euro zamiast wzrostu zanotuje spadek, by rzeczywistość zmieniła się na gorszą. Polska gospodarka na tle innych radzi sobie całkiem dobrze. To nam MFW zwiększył prognozę wzrostu PKB o 0,2 proc., podczas gdy w odniesieniu do innych krajów obecne szacunki uznaje za zbyt optymistyczne. Odnajdujemy się na nowych rynkach, rośnie liczba miejsc pracy. Jednak szukających zatrudnienia jest ciągle zbyt dużo. Trzeba nie ustawać w wysiłkach, by sytuacja poprawiała się i nasi ministrowie to czynią. Owszem, w kraju jest lepiej niż kilka miesięcy temu, ale za to, co dziś najważniejsze – konkurencyjność naszej gospodarki i wytwarzanych u nas produktów odpowiada każdy z nas, im kto wyżej, tym bardziej. Dlatego nie koncentrujemy się na konferencjach prasowych, lecz na konkretnej pracy. W ciągu 10 miesięcy miałem 120 wyjazdów, przejechałem ponad 100 tys. kilometrów. Odbyłem kilkaset spotkań z ambasadorami, prezesami firm, przedsiębiorcami, przedstawicielami organizacji pozarządowych. Jest to konieczne, bo wchodzenie na nowe rynki, robienie na nich interesów musi być poprzedzone budowaniem kapitału zaufania. Są efekty tych działań. Przez 8 miesięcy tego roku eksport do Rosji i na Białoruś i Ukrainę wzrósł o 12 proc., o 40 proc. do Korei i aż o 80 proc. do Emiratów Arabskich, a tylko o 1,8 proc. do krajów eurogrupy.

• Obecnie motorem gospodarki jest eksport. Czy ten napęd jest wystarczający?

– To jest oczywiście za mało z punktu widzenia sytuacji gospodarstw domowych i tego, co najważniejsze – pracy. Dziś potrzeba każdej pracy, tej dla inżynierów, technologów, jak i dla pracowników niewykwalifikowanych. Cieszę się, że mamy przykłady dobrego działania. 3 tys. traktorów zamówionych w Ursusie przez Etiopię, a za chwilę być może 1 tys. dla Angoli oznacza przyrost zatrudnienia w tym przedsiębiorstwie. Podobnie jest w przypadku kontraktu na „Rosomaka”, kontraktów na sprzedaż żywności i jej przetworów czy maszyn i linii technologicznych. W zeszłym roku byliśmy w pierwszej trójce najlepszych krajów w Europie do inwestowania. Podobnie jest teraz. W 2012 r. byliśmy zaraz po Hiszpanii, jeśli chodzi inwestycje zielonych pól w tworzeniu nowych miejsc pracy. Najwięcej ich przybywa w centrach obsługi firm zagranicznych, ale tuż za nimi są firmy związane z badaniami i rozwojem oraz w sektor motoryzacyjny. Przedłużenie funkcjonowania SSE i ich poszerzenie daje szansę rozwoju małym ośrodkom. Nowelizacja ustawy pozwoliła uruchomić wsparcie dla inwestycji o strategicznym znaczeniu. Skorzystał z tego zakład oponiarski w Olsztynie. Pojawiły się nowe rynki, gdzie lokujemy podzespoły i akcesoria motoryzacyjne.

• Nie ma stabilnego rozwoju bez chłonnego rynku wewnętrznego. Co rząd może zrobić, by poprawić nastroje konsumentów i przyspieszyć krążenie pieniądza w gospodarce?

– Będzie więcej eksportu, więcej inwestycji, to przybędzie miejsc pracy. W rezultacie zacznie rosnąć konsumpcja. W tym kontekście coraz większego znaczenia nabiera patriotyzm gospodarczy, rozumiany jako szacunek dla rodzimego produktu. Nie chodzi tylko o to, by ludzie kupowali polskie wyroby, ale by nabywali je dlatego, że są dobrej jakości. Dziś za dobrą opinię o polskiej żywności odpowiada nie tylko rolnik czy masarz, lecz także służby sanitarne, transportowcy i handlowcy. W coraz bardziej konkurencyjnym świecie dobra opinia o tym, co w przestrzeni polskiej gospodarki wytwarzamy, zależy od naszych postaw, a nie tylko słów.

• Wkrótce minie rok od Kongresu, na którym został pan prezesem PSL. Pewnie pora na próby pierwszego bilansu. Są zadania, które udało się zrealizować i takie, które na sfinalizowanie czekają.

– Może zacznijmy od tego, z czego nie jestem zadowolony. Apelowałem, żeby w każdej gminie, a szczególnie tam, gdzie władzę sprawują ludowcy, przeprowadzić otwarte spotkania samorządów z przedsiębiorcami. Liczyłem, nie ukrywam., na większy odzew. Okazuje się jednak, że bywamy lepsi w sferze deklaracji. Gotowi jesteśmy oddać wszystko Polsce, ale przecież nie kawałek wolnej soboty czy nawet dnia powszedniego po godzinach urzędowania. Łatwo jest wysuwać roszczenia, trudniej dać coś od siebie dla wspólnego dobra. Pozytywów jest na szczęście długa lista. Przede wszystkim PSL udowodniło, że jest głęboko demokratyczne. Zmiana prezesa nie jest żadnym wstrząsem, tylko normalną koleją rzeczy. Po to są przecież wybory. Kontrkandydaci mogą różnić się poglądami, ale pozostają kolegami. Sam dobrze wiem, jak smakuje niepowodzenie wyborcze. W polityce jestem aktywny od ponad 20 lat, a do Sejmu kandyduję z trudnego dla ludowców okręgu podwarszawskiego. Wydaje mi się, że przez ten rok umocniliśmy pozycję PSL na scenie politycznej, pokazując, jaką wartością jest Stronnictwo centrowe a nie radykalne, rozwiązujące problemy zwykłych ludzi i niewdające się w polityczne walki. Do ludzi, którzy na nas nie głosują, trafia czytelny sygnał, że jesteśmy otwarci na współpracę z każdym, kto chce coś dobrego zrobić dla kraju. A co do pracy w ministerstwie gospodarki, już wkrótce przedstawię moje sprawozdanie z okresu od 6 grudnia 2012 r., kiedy zostałem wicepremierem i ministrem gospodarki. Będzie tam opisanych sporo ponad 1000 ważnych spotkań, 120 wyjazdów w teren. Spotykałem się tam nie tylko z ludowcami i przedsiębiorcami. Przedstawiałem, co aktywne państwo może i powinno zrobić dla pobudzenia gospodarki. Miałem też odwagę iść pod prąd i przedstawiać, co zwykli obywatele powinni zrobić dla siebie i dla kraju, bo Ojczyzna to także odpowiedzialność i obowiązki.

• O obowiązku odpowiedzialnego korzystania z wolności przypominał nam przez lata Jan Paweł II.

– Kolejna rocznica wyboru kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową niech
będzie powszechną refleksją nad tym co nam przekazywał. Ojciec Święty w swych kazaniach mówił wprost o naszych zaniedbaniach, o postawach moralnych, które nie przystają do katolickich kanonów wiary i zaprzeczają humanistycznym wartościom. Zwracał nam uwagę na życiowe wybory, które noszą znamiona relatywizmu w imię doraźnego wygodnictwa i płytkiej wiary. Ćwierćwiecze swej nieustannej katechezy zwieńczył w sposób, który wzruszył miliony. Wraz z umierającym papieżem, każdy na swój sposób oswajał cierpienie i odchodzenie. Była to wyjątkowo wzruszająca lekcja pokory wobec nieuniknionej kolei ziemskiego żywota. Było to wielkie odchodzenie człowieka wiary, który będąc papieżem, pozostał równym nam wszystkim wobec bólu cierpienia i śmierci, których osobisty wymiar podarował w geście ostatniego urbi et orbi. Niech każdy z nas odpowie sobie na pytanie, co w nas z tego zostało i jak to pomnażamy. A wtedy nie tylko nasze życie publiczne będzie lepsze…..

Rozmawiała: Teresa Hurkała

Fot. Wiesław Sumiński


Zamów prenumeratę: zielonysztandar.com.pl/prenumerata
Cały tekst dostępny w wersji papierowej tygodnika Zielony Sztandar lub na platformach sprzedaży online



Podobne artykuły

  • Nieznana historia największego protestu przeciwko komunistom w Płocku

    Niewiele osób pamięta dziś, że Płock stał się areną jednego z największych sprzeciwów wobec komunistycznego terroru i represji powojennych. Był …

  • Czas Witosa

    To były upalne sierpniowe dni 1920 roku. W powietrzu czuć było atmosferę strachu i przeświadczenia co do zbliżającego się wkrótce …

  • Opinogóra stawia na PSL

    Piotr Czyżyk popierany przez Polskie Stronnictwo Ludowe został nowym wójtem gminy Opinogóra. Pokonał w drugiej turze Annę Koral z PiS. …