Szczyt UE bez kompromisu

Premier Wielkiej Brytania stał się zakładnikiem swoich wyborców. Większość z nich jest przeciwna Unii Europejskiej. Gdyby premier David Cameron nie wykazał się na szczycie wystarczającą stanowczością, jego pozycja w kraju mogłaby się poważnie zachwiać.

Kto może na Wyspach straci na większej integracji Wielkiej Brytanii z Unią? Podejrzenia powinny iść w stronę londyńskiego City. To główny w naszej części świata ośrodek finansów, a także co za tym idzie finansowych spekulacji. To tutaj w znacznej mierze narodził się kryzys i pogłębił poprzez działania destrukcyjne na przykład wobec Grecji. Niebezpieczne dla City są wspólne, europejskie regulacje dotyczące operacji finansowych i stąd gwałtowna niechęć City wobec Wspólnoty. Niezależnie od istotnych intencji wielkich finansistów, ich hasła trafiają na podatny grunt. Stwierdzenia o biurokratach w Brukseli, leniwych Grekach czy chciwych Polkach budują atmosferę narodowych egoizmów. W sytuacji, kiedy przeciętne gospodarstwo domowe odczuwa ciężar kryzysu, łatwo wmówić ludziom, że nie powinni się z nikim dzielić, bo im samym jest ciężko. Tymczasem jest to kłamstwo i to na raz w dwóch wymiarach. Po pierwsze zatrzymanie nawet całej krajowej składki do unijnego budżetu, określonej na poziomie 1 proc. krajowego PKB, niewiele zmieni w położeniu przeciętnej rodziny. To jest ten poziom obciążenia całej gospodarki, którego z punktu widzenia konsumenta praktycznie nie widać. Po drugie rezygnacja ze wspomagania słabszych gospodarczo wyhamuje tendencje rozwojowe w krajach bogatych. Rachunek jest prosty. Jeśli Polacy budują drogi, to gdzieś muszą kupić maszyny, a w związku z tym pieniądze trafią w ostatecznym rozrachunku do niemieckiego czy szwedzkiego sektora przemysłowego, napędzając tam koniunkturę. Podobnie jest niemal w każdej dziedzinie. Szacuje się, że do płatników netto wraca od 0,8 do 1,6 euro jako efekt jednolitego rynku. Środki przez nich wydawane nie są więc dla nich stracone, bo silne gospodarki zawsze działają na pieniądze jak magnes.

Na cięciach stracą wszyscy

– Cięcia w unijnym budżecie tylko wzmocnią kryzys. Nie mają one ekonomicznego uzasadnienia. Unijny budżet jest najpotężniejszym bodźcem prorozwojowym. A w czasach, gdy Unia stacza się w recesję, musimy stymulować bardziej niż kiedykolwiek rozwój gospodarczy, wzrost zatrudnienia i poprawę konkurencyjności Europy na rynkach światowych. Unijny budżet jest przede wszystkim budżetem proinwestycyjnym. 94 proc. środków przeznacza się na inwestycje. W przypadku cięć będą one ograniczone. Stracą na tym wszystkie kraje – przekonuje Martin Schultz, przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Zaskoczeniem w czasie szczytu była zmiana stanowiska Niemiec. Do tej pory kanclerz Angela Merkel podkreślała stymulujący dla gospodarki charakter europejskiego budżetu. Teraz przeszła jakby do partii oszczędnych. Czy to tylko manewr taktyczny dla uspokojenia wzburzonych Brytyjczyków, by oszczędzić im spektakularnej porażki, pokazać im, że są ważni w UE? A może istotnie doszła do wniosku, że Niemcy już ponoszą takie ciężary dla ocalenia strefy euro, że jest to dla nich nadmierny wysiłek i muszą skoncentrować środki na eurolandzie, robiąc oszczędności w innych obszarach? Ta druga ewentualność byłaby złą nowiną dla Polski, bo świadczyłaby o zwycięstwie koncepcji Europy dwóch prędkości. Byłaby to też zła nowina dla całej Unii, gdyż najgłębszym jej sensem jest ponadnarodowa solidarność, stymulująca rozwój całego bez mała kontynentu, dająca mu ważne punkty w konkurencji z USA, Chinami i Indiami.

Groźne prowizoria finansowe

Dla Polski ważne jest zarówno przyjęcie perspektywy finansowej, a nie konstruowanie rocznych prowizoriów, jak i, co oczywiste, wysokość przyznanych nam funduszy. Możemy dostać 72,4 mld euro na politykę spójności i 32 mld euro na rolnictwo. Premier Donald Tusk nie protestował, gdy zabierano nam 1,5 mld, by dać je krajom południa Europy. Uznał, że lepsze jest porozumienie niż trwające miesiącami negocjacje. Kolejny szczyt ma się odbyć pod koniec stycznia lub na początku lutego 2013 r. W ostatnich latach unijne pieniądze popłynęły do nas szerokim strumieniem i według ekonomistów pozwoliły przejść dotychczasowe lata kryzysu ekonomicznego na plusie. Środki pomocowe stymulowały nasz dochód narodowy, zwiększając PKB o 6-7 proc. Bez nich bylibyśmy już w poważnej recesji. Najważniejsze dla nas są fundusze spójności, bo to dzięki nim unowocześniamy infrastrukturę (przy okazji tworząc miejsca pracy) oraz środki na rolnictwo. – Jesteśmy bliżej porozumienia. Cięć w polityce spójności i we wspólnej polityce rolnej już nie powinno być – uważa Jerzy Kwieciński, były wiceminister rozwoju regionalnego. Czy jednak tak będzie? Trudno zagwarantować. Polska jako główny beneficjent, odbiorca 11 proc. budżetu, jest szczególnie narażona na oszczędnościowe pomysły. Trudno przecież poczynić radykalne cięcia w krajach wielkości Słowacji, Litwy czy Łotwy. Niezależnie do wielkości przyznanych środków, groźne byłoby dla nas prowizorium finansowe. Inwestycje dotyczące infrastruktury wymagają planowania w dłuższym okresie i nigdy nie kończy się ich w ciągu jednego roku. Trudno jest więc je rozpoczynać, gdy wiadomo o źródłach finansowania tylko na najbliższych kilkanaście miesięcy. Należy mieć nadzieję, że takie rozwiązanie nie zyska poparcia.

Warunki wydawania unijnych pieniędzy

Wiadomo już, że w tej perspektywie finansowej Unia większą niż dotąd wagę będzie przywiązywać do efektywności wykorzystania unijnych funduszy. A to oznacza, że trudniej będzie pozyskać unijne pieniądze. Bruksela może odebrać przyznane środki danym krajom, gdy nie redukują one długu publicznego i deficytu budżetowego. W ten sposób chce zmusić je do dyscyplinowania finansów państwa. Zostanie obniżony z 90 do 75 proc. udział Unii w finansowaniu kosztów danej inwestycji. Nie jest to dobra informacja dla samorządów, które mogą mieć problemy z zapewnieniem tzw. wkładu własnego przy przedsięwzięciach za unijne środki. Muszą się liczyć z tym, że każda inwestycja będzie oceniana, czy wpływa stymulująco na potencjał rozwojowy, ale nie danej miejscowości czy gminy, lecz całego regionu. Wymogiem będzie też, by po ukończeniu nie potrzebowała ona dotacji. Oznacza to, że pewne zamierzenia, np. budowa aquaparków czy gmachu teatru, nie będą mogły być realizowane. Nie będzie też zwrotu podatku VAT, co dla inwestorów ma duże znaczenie, gdyż chodzi o całkiem spore kwoty. Te wszystkie obostrzenia oznaczają, że znacznie trudniej będzie sięgnąć do unijnej kasy i zyskać akceptację projektów, które planuje się wykonać. Jednak nie wszystko jest już przesadzone. Należy mieć nadzieję, że te rygory nie zahamują naszych zamierzeń inwestycyjnych.

Teresa Hurkała


Zamów prenumeratę: zielonysztandar.com.pl/prenumerata
Cały tekst dostępny w wersji papierowej tygodnika Zielony Sztandar lub na platformach sprzedaży online



Podobne artykuły

  • Nieznana historia największego protestu przeciwko komunistom w Płocku

    Niewiele osób pamięta dziś, że Płock stał się areną jednego z największych sprzeciwów wobec komunistycznego terroru i represji powojennych. Był …

  • Czas Witosa

    To były upalne sierpniowe dni 1920 roku. W powietrzu czuć było atmosferę strachu i przeświadczenia co do zbliżającego się wkrótce …

  • Opinogóra stawia na PSL

    Piotr Czyżyk popierany przez Polskie Stronnictwo Ludowe został nowym wójtem gminy Opinogóra. Pokonał w drugiej turze Annę Koral z PiS. …