Jaja na razie opłacalne


Rozmowa z Stanisławem Franczakiem, prezesem grupy producentów Podkarpackie Gospodarstwa Drobiarskie „Ovo-Res” w Boguchwale

„Ovo-Res” to jedna z pierwszych grup producentów jakie powstały w województwie podkarpackim. Jakie były te początki?

– Rzeczywiście nasza grupa to jedna z pierwszych w regionie. Kiedy powstawała w 2004 r. wśród udziałowców panował spory entuzjazm i powszechne przekonanie, że poprzez zorganizowany zbyt wiele zyskamy. Z tego też powodu na samym starcie zainwestowaliśmy sporo pieniędzy w naszą grupę. Najpierw w Boguchwale zakupiliśmy budynek i plac pod potrzeby grupy za 400 tys. zł oraz używaną sortownicę i samochody. Ten sprzęt nie pracował jednak długo, bo szybko wymieniliśmy go na nowy. Pozyskaliśmy sortownicę do pakowania o wydajności 40 tys. jaj na godzinę, w tej chwili jedyną taką w województwie podkarpackim oraz zakupiliśmy samochody marki IVECO z izotermami spełniające wszelkie standardy przewozu jaj. Na te cele uzyskaliśmy dotację z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich w kwocie około miliona złotych, choć muszę przyznać, że uzyskanie tych środków nie było takie łatwe. Odczuwalnym elementem naszego budżetu było wsparcie dla grup producentów poprzez dopłaty od wartości sprzedaży. Te pieniądze choć bardzo ważne, to jednak moim zdaniem, w pewien sposób przyczyniły się do rozprężenia wewnątrz grupy.

• Czyli w pewien sposób te środki grupie zaszkodziły.

– Dokładnie o to mi chodzi. Wśród naszych producentów wytworzyło się takie przeczucie, że to pieniądze darmowe. Nic nie trzeba już robić, a złotówki będą same do nas lecieć. Aż tak dobrze to jednak nie jest, bo to dofinansowanie jest przeznaczone niejako na rozruch i po pięciu latach się kończy. Wśród załogi sortowni i naszych udziałowców za pewnik przyjęto jednak, że zawsze jakieś wsparcie otrzymamy. A moim zdaniem, żeby stworzyć zakład od podstaw, tak jak planowaliśmy, owszem trzeba wiedzy i fachowości, ale przede wszystkim potrzebne jest zaangażowanie w projekt. A tego niestety u nas brakło. Niemniej, uważam, że wsparcie dla grup producentów w dotychczasowej formie to dobry pomysł i takie wsparcie musi zostać utrzymane. W dzisiejszych realiach funkcjonowanie grup jest po prostu niezbędne, choć z własnego doświadczenia wiem, że zorganizowanie się rolników bywa czasem bardzo trudne, a kwestie mentalnościowe stanowią tutaj poważny problem.

• Mówiąc o kwestiach mentalnościowych, chodzi tutaj przede wszystkim o brak zaangażowania w działalność grupy?

– Między innymi, bo w ogóle rolnicy z Podkarpacia są specyficzni. Cechuje ich duża nieufność i niechęć do współdziałania w grupach, na co zapewne wpływ mają zaszłości historyczne i duże rozdrobnienie gospodarstw rolnych na terenie województwa. Jeśli rolnicy już są w grupie, to jej interesu nie traktują jako nadrzędnego, ale jako uzupełnienie do własnej działalności. My np. mamy podpisane porozumienia z udziałowcami, że sprzedaż powinna odbywać się przez grupę, ale część producentów, gdy tylko pojawi się szansa sprzedaży jaja o grosz, czy dwa drożej niż przez grupę, to po prostu sprzeda je gdzie indzie. Natomiast, gdy taki producent nie ma co z jajami zrobić, nie może ich korzystnie sprzedać, to wtedy jest pierwszy, by handlować przez grupę. Stąd też nasza grupa, co najdziwniejsze, największe problemy ma wtedy, gdy na rynku jest koniunktura. Kiedy jest zapotrzebowanie na jaja, kiedy są one w cenie, to wtedy my akurat mamy braki w towarze. Z tych przyczyn początkowy entuzjazm, kiedy zakładaliśmy naszą grupę, pod wpływem prozy życia musiał przygasnąć.

• Nie poruszaliśmy tematu sprzedaży jaj. Gdzie trafia Państwa towar?

–Obsługujemy teren województwa podkarpackiego. Jest to głównie  rejon Rzeszowa, a także takich miast jak Krosno, Jasło, Przemyśl. Poprzez grupę sprzedajemy miesięcznie w granicach 1-1,5 mln jajek. W porównaniu do innych producentów obecnych na rynku krajowym nie jest to dużo. Jeśli chodzi o nasze województwo to zapewniany około 30 proc. zapotrzebowania Podkarpacia, co powoduje że nasz region do idealny rynek zbytu dla większych producentów z innych województw.

• Czy grupa prowadzi jeszcze jakąś inną działalność handlową oprócz sprzedaży jajek?

– W tej chwili zajmujemy się jedynie sprzedażą jajek. Wcześniej próbowaliśmy także handlować innymi produktami, uznając, że sam handel jajami, to trochę za mało. Chodzi mi tutaj m.in. o sprzedaż wody mineralnej i oranżady, a także miodu podkarpackiego. Obecnie jednak handlujemy jedynie jajami.

• A jak wygląda opłacalność produkcji jaj?

– Produkcja ta jest specyficzna, bowiem występują tutaj nagłe i duże wahnięcia cen. Tak więc producenci są już od lat przyzwyczajeni do tego, że trudno im oszacować przyszłe zyski ze sprzedaży. Ale to co się działo w ostatnich miesiącach to prawdziwe szaleństwo. Ceny oczywiście poszły w górę, ale w moim odczuciu, w dłuższej perspektywie czasowej, jest to jednak niekorzystne dla rynku i producentów, bowiem część klientów w ten sposób odwróciła się od jajek. Można więc powiedzieć, że nastąpiła swoista dezorganizacja rynku. To zamieszanie spowodowały przepisy unijne nakazujące wymianę klatek na bardziej ekologiczne odpowiedniki. Producenci zmuszeni do wymiany klatek musieli ponieść koszty z tym związane, a w związku z tym musieli podnieść cenę. Zainstalowanie nowych klatek przyczyniło się do zmniejszenie pogłowia kur, co spowodowało zmniejszenie produkcji jaj. Wszystkie te czynniki wywołały krótkotrwałe wywindowanie cen w górę. Prawdziwe szaleństwo na rynku nastąpiło w okresie Świąt Wielkanocnych o czym mówiło się wiele w mediach. Za jajka płacono nawet 40-50 groszy za sztukę. To pociągnęło za sobą odwrót części klientów od jajek. W ich odczuciu  jajka stały się po prostu zbyt drogie. W poprzednich latach także w tym okresie następował wzrost cen, ale potem standardem był olbrzymi ich spadek. Tak było i teraz, po okresie Wielkanocy mieliśmy do czynienia ze spadkiem cen, ale niemniej produkcja jaj jest ciągle opłacalna. Prawdziwym kłopotem natomiast dzisiaj staje się wzrost cen paszy. Spowoduje to zwiększenie kosztów produkcji, a więc zmniejszenie potencjalnych zysków.

• Jakie inne problemy związane z produkcją i zbytem jaj Pan zauważa?

– Tutaj warto zwrócić uwagę na pewną kuriozalną sytuację, jaką jest narzucanie warunków sprzedaży producentom przez duże sieci handlowe. W tych warunkach producenci zarabiają najmniej i mają najmniej do powiedzenia, gdy tymczasem sieci, co dla mnie jest niepojęte, mają marże wynoszące 70–80 proc. Innym problemem są niektóre przepisy. Kiedy powstała nasza grupa, jedna z pierwszych w województwie, to od razu zaistnieliśmy w mediach. Ponieważ jednak zrobiło się o nas głośno, to natychmiast za mediami przyjechały wszystkie możliwe kontrole i inspekcje, co moim zdaniem było przynajmniej trochę nieeleganckie. Ale przy okazji dowiedziałem się, jak wiele jest przepisów, w których w zasadzie nie wiadomo o co chodzi. Natomiast co do samych kontroli, kiedyś zapytałem inspektorów, że zamiast nas mogliby skontrolować tych, którzy nielegalnie handlują jajami na targach. Na co otrzymałem odpowiedź: Nie, nie, my nie możemy kontrolować tych, którzy handlują nielegalnie, tylko tych, którzy robią to legalnie, bo to oni muszą spełniać określone standardy. A więc z tego wynika, że ci, którzy robią to gdzieś na targu nie muszą przestrzegać żadnych norm.

Co do funkcjonowania samych grup to uważam to rozwiązanie za bardzo dobry pomysł, który w realiach rozdrobnienia rolnictwa, tak jak na Podkarpaciu ma duże znaczenie. Ale wiem też, że dużym problemem są tu kwestie mentalnościowe. Dziś w grupie mamy takich udziałowców, którzy formalnie nimi są, ale w praktyce żaden z nich pożytek. Wtedy kiedy nie mają problemu ze zbytem, sprzedaż przez grupę ich w ogóle nie interesuje, ale kiedy mają z tym jakiś kłopot, to wtedy przypominają sobie o istnieniu grupy.

Seweryn Pieniążek


Zamów prenumeratę: zielonysztandar.com.pl/prenumerata
Cały tekst dostępny w wersji papierowej tygodnika Zielony Sztandar lub na platformach sprzedaży online



Podobne artykuły