Dla kogo dziejowa sprawiedliwość

Reprywatyzacja, czyli oddawanie byłym właścicielom lub ich spadkobiercom przejętego przez socjalistyczne państwo mienia, trwa chociaż nie uchwalono żadnej ustawy. Zwyciężają w niej nieliczni, najbardziej skuteczni, a często bezwzględni. Duży w tym udział mają kancelarie prawne, które potrafią uzyskać to, o co latami bezowocnie zabiegają ci, którym odebrano ich własność. Reszta czeka na sprawiedliwość dziejową. Czy się jej kiedyś doczeka? Trudno to dziś ocenić.

Gra idzie o ogromne pieniądze

Co pewien czas w mediach pojawiają się doniesienia o tym, jak do byłych właścicieli trafiają zwracane na mocy wyroków sądów nieruchomości. Zwykle dzieje się to wtedy, gdy dochodzi do starcia dwóch interesów. W reprywatyzowanym budynku mieści się przychodnia, szkoła, przedszkole. Mniej zainteresowania wywołują oddawane działki, chociaż i tu mamy nieraz z rzeczami zaskakującymi. W Warszawie wokół Pałacu Kultury i Nauki jest 29 działek, o które upomnieli się spadkobiercy przedwojennych właścicieli. Jednak z nich, fragment parku, już została zwrócona, co zrodziło kolejny spór o sposób zagospodarowania tej ziemi. Inne niebawem przejdą w prawowite ręce. Także część Ogrodu Saskiego, po której do tej pory spacerują niczego nieświadomi warszawiacy przestała należeć do miasta. Nie jest już obiektem użyteczności publicznej. Mimo że nie uchwalono dotąd żadnej ustawy reprywatyzacyjnej, sam proces zwrotu nieruchomości dokonuje się w całym kraju. W wielkich miastach z uwagi na ceny terenów budowlanych gra idzie o naprawdę duże pieniądze. To zjawisko może budzić zaniepokojenie. Nie ma bowiem mowy o sprawiedliwej rekompensacie dla wszystkich, którzy utracili mienie. Odbywa się to na zasadzie wszystko, albo nic. Co więcej, tak prowadzony proces zwrotu mienia sprzyja mniej lub bardziej ewidentnym nadużyciom.

Kto robi znakomity interes

Bywa tak, że spadkobiercy dawnych właścicieli latami zabiegają o zwrot. Sprawy się ślimaczą i utykają na rozmaitych szczeblach. Zmęczeni tym i zniechęceni, często starsi już ludzie, decydują się na sprzedaż swoich roszczeń kancelarii prawnej lub prywatnemu biznesmenowi. I w tedy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko nabiera tempa. To, co było niemożliwe staje się możliwe i nieruchomość zostaje zreprywatyzowana. Tylko co to ma wspólnego ze sprawiedliwością wobec byłych właścicieli. Oni zostają po raz kolejny oszukani, a ktoś robi znakomity interes. Zresztą dzisiaj w Internecie, gdy wpisze się hasło reprywatyzacja, przede wszystkim pojawiają się kancelarie, oferujące pomoc w dochodzeniu roszczeń oraz firmy, które skłonne są odkupić prawa byłych właścicieli. Kwestia reprywatyzacji, które we wszystkich krajach postkomunistycznych została rozwiązana w pierwszych latach transformacji, wciąż wisi nad Polską. Pierwszą ustawę z 2001 r. zawetował prezydent Aleksander Kwaśniewski. Stwierdził, że ustawa w tym kształcie ogranicza szanse szybkiego rozwoju gospodarczego kraju i jest sprzeczna z zasadami sprawiedliwości społecznej oraz równości obywateli wobec prawa. Drugi projekt ustawy z 2008 r. nie trafił pod obrady Sejmu. Rząd uznał, że państwa na nią stać, a jej przyjęcie mogłoby spowodować przekroczenie dozwolonej przez UE bariery długu publicznego w stosunku do PKB.

Zamknąć listę roszczeń

Wydawałoby się, że racjonalne jest zamknięcie listy roszczeń, ograniczenie ich do obywateli polskich i spadkobierców, by zakończyć ostatecznie podnoszenie roszczeń przez ziomkostwa. Należy także zdecydowanie wyłączyć z reprywatyzacji te osoby fizyczne i prawne, którym na mocy umów międzynarodowych wypłacono już odszkodowanie za utracone mienie. Były to niemałe kwoty w latach 60. Stanowiły one dla polskiej gospodarki spore obciążenie. Umowy takie podpisano z USA, Francją, Szwajcarią i Wielką Brytanią. Zapobiegłoby to tak skandalicznym wybrykom, jaki odnotowano ostatnio w Łodzi, gdzie zwrotu budynku magistratu domaga się 90-letnia właścicielka (a być może jej pełnomocnicy), chociaż wypłacono jej odszkodowanie w latach 60. na mocy umowy międzypaństwowej. Konieczne jest także precyzyjnie ustalenie sytuacji prawnej i finansowej nieruchomości przed wojną. Trudno przecież tak samo traktować majątek wolny od zadłużenia i ten, który był zadłużony do swojej wartości hipotecznej, a więc właściwie należał do banku. W kraju tak spustoszonym przez wojnę jak Polska idea zwrotu w naturze kłóci się z poczuciem sprawiedliwości . Dlaczego rodzina, której dom został zbombardowany i zniknął z powierzchni ziemi ma nie dostać nic, a sąsiedzi otrzymują pełne zadość uczynienie. Wydaje się, że wzorem dla nas powinno być rozwiązanie przyjęte w Czechach i na Słowacji, przewidujące wypłaty rekompensat na utracone mienie. Do ustalenia jest, jaki procent wartości byłby zwracany. Wydaje się, że nawet 20 proc. mogłoby być dla rodzin byłych właścicieli bardziej satysfakcjonujące niż obecna sprzedaż roszczeń za część wartości firmom, które specjalizują się z odzyskiwaniu dóbr.

Krzywda sprzed lat i krzywda współczesna

Obecny chaos i tymczasowość sprzyjają aferzystom. Pojawiają się firmy, które przyjmują nazwę przedwojennych spółek akcyjnych. Na kolekcjonerskich aukcjach kupują przedwojenne papiery wartościowe i próbują przejąć (a niekiedy to się im udaje) niezwykle cenne tereny. Niewidomo skąd pojawiają się też rzekomi pełnomocnicy dawno zmarłych właścicieli przejmujący kamienice za bezcen. W całym tym zamieszaniu bezradni są zwykli ludzie, mieszkający w reprywatyzowanych domach, których losem nie przejmują się zupełnie ani sądy wydające wyroki o zwrocie mienia, ani władze samorządowe. Zostawieni na pastwę losu, szykanowani przez nowych właścicieli, zastraszani i eksmitowani nie mają nawet poważnej reprezentacji swoich interesów. W ten sposób krzywda sprzed lat zostaje zastąpiona krzywdą jak najbardziej współczesną. Właściwie nikogo to nie obchodzi. Stwierdzenie, że na eksmitowanych czekają noclegownie dowodzi tylko kompletnego zdziczenia obyczajów i zwykłego okrucieństwa. Jak można w ogóle proponować komukolwiek takie rozwiązanie? Noclegownie są dla ludzi, którzy w większości przypadków sami zapracowali na bezdomność. Trudno to samo powiedzieć o lokatorach wyrzucanych z budynków, w których spędzili nierzadko całe swoje życie.

Trzeba zapłacić za zwlekanie

Brak ustawy reprywatyzacyjnej argumentuje się tym, że nadmiernie obciążyłaby ona budżet państwa. Trzeba więc pomyśleć, w jaki sposób rozłożyć spłatę rekompensat, by tego uniknąć. Wydaje się, że byłoby to i tak tańsze niż zmierzenie się z prawdziwą lawiną roszczeń, zwłaszcza będzie ich przybywać. W 2000 r. oszacowano wartość majątku podlegającego reprywatyzacji na 100 mld zł. Teraz ta wartość jest dużo większa. Trzeba więc tak czy owak zapłacić za zwlekanie. Pytanie jednak, czy zrobi się to szybko i w sposób precyzyjnie uregulowany przez prawo, czy pozostawi się wszystko swojemu biegowi. Trochę jak na swoistym dzikim Zachodzie, gdzie wygrywa silniejszy, bardziej obrotny i bezwzględny.

Teresa Hurkała


Zamów prenumeratę: zielonysztandar.com.pl/prenumerata
Cały tekst dostępny w wersji papierowej tygodnika Zielony Sztandar lub na platformach sprzedaży online



Podobne artykuły